Kakofonia

Nie pamiętam
kiedy był czas
na bezmyślenie.

Odszedłem,
nie wiadomo kiedy.

W logach.,
Nie zarejestrowano.

Nie uchwycił
monitoring.

Że istnieję, powiadają,
ba! dopingują.

Mimowolnie obserwuję
w odbiciach zarys
obcych oczu.

Kim byłeś?

Pytam wpatrzony,
w ciszę się wsłuchując.

Obcy niby-ja,
milczę
na tysiąc głosów.

Jak gdyby

Jakbym się struł,
Jak gdyby mdliło.

Jakby uwierało,
Jak gdyby tkliwiło.

Jakby przez gardło wyjść chciało.
Jakby żyło obce ciało.

Jakby okoniem stanęło.

Jakby drzazga,
Jakby ość.

Jakby złamana żebra kość.

Mostek się ugina,
Ze spóźnionym zapłonem.

Wzrok w oddali mętnieje,
Horyzont w szarości tonie.

Myśli nieposkladane
Plączą się,
Wiją.

Jak gdyby to

Była
.

Pasodoble

Z warg
ni zgłoska
nie pada,

tańczą
w nocy czerń
wsłuchani.

Czoło
w czoło
porożem
zaklinowani.

Podbrzusze
sterczące,

kark
jeży się
od tchnienia.

Grzeszne
dłonie
dreszczem
przeszywają
wstydliwe
spojrzenia.

Nozdrzy
sapanie
bielą
rwie na pół
skrawki
nocnej ciszy.

W oddzielnych
łożach
spletli ramiona

o sobie
nawzajem
zapomniawszy.

Nieodwzajemniony

Zima nadchodzi
kulę się w sobie,
zamykam receptory,
odwracam wzrok.

Zima nadchodzi,
z wolna pustoszeję,
poprzez biel szarzeję,
wołam o…

Zima nadchodzi,
zliczam cienie,
rozpamiętuję obrazy,
zapadam w noc.

Zima nadchodzi,
uśmiecham się w próżnię,
nieodwzajemniony
ocieram nos.

W poszukiwaniu siebie

Z cudzych słów poskładany,
rzeźbiony palcami tysięcy.

Na podobieństwo malowany.

Z lubieżnych obrazów wycięty,
z wczorajszych gazet wytargany,

kalka kilku kartek zmiętych.

Kolaż -
brudnych wspomnień,
niemych grymasów,
cichych westchnień,
nieczystych spojrzeń.

Składam rzeczywistość
w pozorną całość.

Rozkładam na pierwiastki,
elementy pierwsze,

zdarzeń fragmentaryczność.

Sklejam złudzenia,
umysłu przewidzenia

dedukcji drogą.

By poznać
imię swe

na nowo.

Auto-uwięzienie

Coraz dobitniej
pogrążam cielesność
w niedorzeczność

czterech ścian
szczelnie horyzont
okalających.

Chowam
narzędzia zbrodni,
ślady zacieram.

Przez id,
w bezczasie próżni
więziony.

Bez-powietrze
pcha w ciemnych 
prawd kontury;

w continuum
głuchoniemego
pustkowia.

Złamane
na moment
przebłyskiem światła

na wietrze
szamoczącej
firany.

Wstyd

Mięso armatnie,
rzucam się na rzeź.

Na gwałt oddaję trzewia.

w plwocinę brnę.

Bezwstydnie,
bez zażenowania.

Z przejęciem na zmiętej
twarzy rysowanym.

Lubieżnie – z oddali
przyglądam się.

Orgii barw,
bezeceństw ego.

W ekstatycznym
pojękiwaniu – drżę.

Zlizuję pot,
przywołuję obrazy.

Padam twarzą z nóg,
poobijany.

Z horyzontem ran,
pod skórą wytatuowanych.

Deklinacja uproszczona

Słowo – ja – ze słowników wykreślono,
przez – My – zastąpione.

Choć bardziej synonimem,
Ty – się stało.

Ciebie, z Tobą, o Tobie.

W pluraliźmie znaczeń,
deklinacja uproszczona.

Myśli zubożałe,
z pojedynczym obcują
podmiotem.

Przelatuje przezeń co rusz,
ucieka na moment.

By po chwili 
każdą z osobna
komórkę trawić 

wszędobylskiej tęsknoty
łomotem.