Jak gdyby

Jakbym się struł,
Jak gdyby mdliło.

Jakby uwierało,
Jak gdyby tkliwiło.

Jakby przez gardło wyjść chciało.
Jakby żyło obce ciało.

Jakby okoniem stanęło.

Jakby drzazga,
Jakby ość.

Jakby złamana żebra kość.

Mostek się ugina,
Ze spóźnionym zapłonem.

Wzrok w oddali mętnieje,
Horyzont w szarości tonie.

Myśli nieposkladane
Plączą się,
Wiją.

Jak gdyby to

Była
.

Pasodoble

Z warg
ni zgłoska
nie pada,

tańczą
w nocy czerń
wsłuchani.

Czoło
w czoło
porożem
zaklinowani.

Podbrzusze
sterczące,

kark
jeży się
od tchnienia.

Grzeszne
dłonie
dreszczem
przeszywają
wstydliwe
spojrzenia.

Nozdrzy
sapanie
bielą
rwie na pół
skrawki
nocnej ciszy.

W oddzielnych
łożach
spletli ramiona

o sobie
nawzajem
zapomniawszy.

Nieodwzajemniony

Zima nadchodzi
kulę się w sobie,
zamykam receptory,
odwracam wzrok.

Zima nadchodzi,
z wolna pustoszeję,
poprzez biel szarzeję,
wołam o…

Zima nadchodzi,
zliczam cienie,
rozpamiętuję obrazy,
zapadam w noc.

Zima nadchodzi,
uśmiecham się w próżnię,
nieodwzajemniony
ocieram nos.

Deklinacja uproszczona

Słowo – ja – ze słowników wykreślono,
przez – My – zastąpione.

Choć bardziej synonimem,
Ty – się stało.

Ciebie, z Tobą, o Tobie.

W pluraliźmie znaczeń,
deklinacja uproszczona.

Myśli zubożałe,
z pojedynczym obcują
podmiotem.

Przelatuje przezeń co rusz,
ucieka na moment.

By po chwili 
każdą z osobna
komórkę trawić 

wszędobylskiej tęsknoty
łomotem.

Lustro weneckie

Obaj chcielibysmy coś powiedzieć.
Wydaje się nam, że ruszamy ustami.

Lecz to na nic,
to tylko złudzenie:

ani pół zgłoski z siebie nie wydobywamy.

Ty nakładasz cement – ja cegły układam,
tak powstaje mur między nami.

A gdy nastęnym razem popatrzę w okno,
ujrze szklany zarys twojej twarzy,

Mimo iz będę krzyczeć,
powieki będą moknąć,

nie chwycisz za kamień,
nie strzaskasz szyby,
nie ujrzysz nawet mego cienia.

Popatrzę w Twoje oczy,
uśmiechnę sie przez moment

i zniknę

wraz z twoim odbiciem
pod ciężarem owego kamienia.

Ono

Ono mieszka tuż za rogiem,
choć codzień przecina ci drogę,

wzajemnie – nic o sobie nie wiecie.

Raz chodzi smutne,
raz się usmiecha,

szepcze coś sobie pod nosem,
nie wiedzieć czemu,
drga mu powieka.

I gdyby nie ten rower,
i nie tamta kobieta…

pewnie nigdy nie spotkałyby się
wasze oczy.

Dopiero musiały upaść,
uderzyć w głowę,

by z głębin szarości
i półcienia

wydobyć innego człowieka.

W cieniu swego cienia

Jestem cieniem,
Cieniem własnego cienia.

Zapewne nie istnieję
i wcale mnie tu nie ma.

Jeszcze wczoraj widziałem obraz
malowany w pastelach.
Z uśmiechnięta twarzą
na pierwszym planie.

Uśmiech zaczął zanikać,
postać blednąć i maleć,
aż ze wstydu schowała głowę
za kamienicy rogiem.

W końcu ostało się tylko
piasku ziarnko
na kostce brukowej.

Szary przecinek miotał się
pomiędzy przechodniów stopami.

O, tak! Jestem przecinkiem!

Samotnym,
kruchym,
wiotkim,
małym,

lecz i to – za wiele!

Teraz już tylko będę plamą,
obwiednią po obrazie,
dla którego odtąd brak
miejsca na ścianie.

Aż przyjdzie inny,
a ja pozostanę – cieniem,
cieniem jego ramy.

I będę wpatrywać się w jego uwielbienie,
z zazdrością, i przerażeniem.

I będę tęsknił za blaskiem,
w cieniu jego cienia.

Jest

Jest:

na polu bitwy żołnierzem,
czołgającym się
po twarzy, rzeźbionej
w kamieniu.

Kroplą brudnej krwi,
po strzale w plecy,
nabojem z czynów i słów
oddanym.

Z dodatkiem szczypty soli,
na świeżą ranę,
wrzącym octem
wylanym.

Pod paznokciem róży kolcem,
drzazgą uwierającym,
w pajęczynie myśli
nieprzespanych.

[twoim] smutkiem i radością,
[twoim] gniewem i miłością.

Bo
moja łza jest
miłością
w formie
destylowanej.

Nie chcę smaku twych ust

Nie chcę smaku twych ust,
bo ich nie poznaję,
gdy ciało strachem drży
umysł ciąży bezwładem.

Nie chcę smaku twych ust,
one pachną winą,
gdy rozum mówi – nie,
lecz żądza rwie dalej.

Nie chcę smaku twych ust,
już im nie wierzę,
gdy przychodzisz nad ranem
skąpany rumu powiewem.

Nie chcę smaku twych ust,
nic na to nie poradzę,
że starłem cię jak kurz
zamienionego w sadzy plamę.

Atrament na znoszonej koszuli

Nie chcę nic,
nawet
krzywego spojrzenia,
ciepłego grymasu,
krótkiego westchnienia.

Nie chcę słów.
One
krzyczą i ranią,
wpędzają w złości wir,
bezbrzeżnie oddalają.

Tłustą plamą
niech tylko
się stanę.

Na znoszonej koszuli
niech
spocznie atrament.

Nie powiem ni słowa,
na nic się nie poskarżę.

Poczuję puls,
na skroni dech,
w rytm serca
się wsłucham.

Dopóki na
wieczność,…
utracę.