Wybrałeś

Wybrałeś ciszę, 
karkołomnych szmerów, 
androgeniczne oblicze.

Wybrałeś próżnię
bezcielesnych kształtów,
przytępione kreski i rysy.

Wybrałeś bezczas,
wycięty z ram
w półmroku zapomnienia.

Wybrałem nóż,
w próżni bezczasu
zakląłem ciszę.

Dylatacja czasu

Urwiste wybrzeża pamięci,
w dłoniach czasu
łamią się na troje.

Okruchy, wpadając w morze
dryfują na szorstkich falach
ku zapomnieniu;

ku zatraceniu,
ku ciszy,
ku pustce.

Tylko świecy dym przypomina
Inicjały na ławce wyryte,
świerk, nieopodal dom.

Tam niegdyś mieszkał syn,
niegdyś żyła rodzina.

Marsz milczenia

Nie znani – anonimowo,
z bezkształtną miną
niemymi ustami,
trwogą,
idą drogą.

Zaciskając dłonie
nerwowo,
we wstecznym
pośpiechu toną,
idą drogą.

Z zamkniętymi oczami,
w gardle zaschłymi
łzami
niewzruszoną głową
idą drogą.

Idą drogą,
przejdą i przeminą,
deszcz zmyje kurz z kamienic,
ślady w kałuży zatoną,
a oni,…

nadal pójdą
drogą.

Rozliczenie ze wspomnieniem

Nie uchwycisz go – nie dościgniesz.
Odleci z wiatrem, przemierzy świat,
by opaść, na drugim jego końcu,
gdzie poczeka na powrotny wiatr.

Przy kolacji w niedzielne popołudnie,
w lampce wina azjatyckim monsunem,
spłynie czerwonością w twą świadomość,
jako id – nieuchwytny rozumem.

Ten sam uśmiech, nieuczesana czupryna,
błysk w oku mozolnie gasnący,
przez moment promieniejący,
zmienił się w nic nie znaczący grymas.

Krótki szorstki uścisk na pożegnanie.
Samotni wśród tłumu,
z na ramieniu duszą,
oddzielnie zmierzamy dalej.

Nie uchwycisz go – nie dościgniesz.
Odleci z wiatrem, przemierzy świat,
by opaść, na drugim jego końcu,
gdzie poczeka na powrotny wiatr.

Agonia potępionego anioła

Kap, kap,
sączy się krew.
Struga jadu,
żmiją wije się
po satynowej pościeli.

Z przepełnionego kryształu
spływa w dół
rubinowe wino
zgniłe grzechem
na wpół.

W ustach
czarnego bzu,
cierpki smak śmierci
przysłania horyzont,
przed skonaniem.

Hebanowy gaj,
goreje krzew.
Ciało żar,
dusza dym,
potępiona
na wieki wieków

amen.

Ujarzmiona niewinność

Słowo – broń,
za natury twór
osadzony w doń.

Ceglany mur,
za kratami zmierzch
o żyrandol sznur.

Pisuar rdzy,
tapczanowa pleśń,
we włosach wszy.

Metalowe drzwi,
betonowy kurz,
z ołowiu sny.

Złamany głos,
w plecy cios,
usta w krwi.

Anarchia władz,
do gardła nóż,
następny Ty.

Kara śmierć,
za pomówiony grzech
kula w łeb.

Ojcze patrz,
śmiech i płacz,

Twój syn.

Insomnia

Liczyłem:

owce po chodniku skaczące,
ziarenka piasku w piaskownicy,
gwiazdy w dzień na niebie,
krople rosy na źdźbłach traw.

Zliczałem:

twarzy uśmiechy,
puls na cudzej skroni,
ilość splotów ciał,
rozstania zakochanych.

Liczyłem,…
teraz już nie liczę.

Sen przychodzi i odchodzi,
dusza zapada w ciszę.

Dozgonny Asceta

Jestem ascetą,
byt w otchłani szmerów ciszy.
Jestem ascetą
czas opiera się na skroniach.
Jestem ascetą,
logika nie tłumaczy czynów.
Jestem ascetą,
co noc łkam i konam.

Ascetą?
nazywa mnie twa głowa!

Ascetą,…
wierność mym umartwieniem.
Ascetą,…
wyrzekam się złudy.
Ascetą,…
uczciwość moim zbawieniem.

Jeśli stracę

Jeśli,
jeśli stracę kiedyś wzrok,
a nic tego nie powstrzyma:

zamrożę uśmiech Twój przed oczyma.

Jeśli,
jeśli stracę kiedyś wzrok,
a nie będzie inaczej:

moja dłoń przy Twojej spocznie na zawsze.

Jeśli,
jeśli stracę kiedyś wzrok –
nie dano mi wyboru:

jaskrawość nie zmętnieje – nie zatraci koloru.

Jeśli,
jeśli stracę kiedyś wzrok,
a Bóg na to pozwoli:

postradam głos,
zatracę słuch,
utonę we wspomnieniach,
a to

zaboli.

Gałąź i sznur

Gałęzie
nagich drzew
spowił
mglisty mrok.

Horyzont
szarych brzóz
przesłania
milczący krąg.

Głucha aleja
martwej ciszy
urwanego szlochu
szepcze imię jego
po kryjomu,
po zmroku.

Cieniem okryty
omszały grób,
blada twarz czasu,
trupia kość.

Taniec liści,
wiatru śpiew
cisza wspomnianych,
ludzki lęk.

Krzyż wiary zwątlenia,
ofiara zwątpienia.
Cierń miłości,
zdrady gwóźdź.

Niewinność skazanych,
bezcelowo ukaranych,
łez obłuda,
rdza słów.

Ciało znalezione,
o gałąź zawieszone,
stryczek istnienia,
i pętli sznur.

Głucha aleja
martwej ciszy
urwanego szlochu
szepcze imię moje
po kryjomu,
po zmroku.

Most żywych cieni

Otchłań burzy
mgieł nocnych
wchłaniając horyzont
rozproszył
strach.

Krótki, miarowy,
zdecydowany krok,
szelestem
ogłuszał
niemy świat.

Stał – niedaleko – na wyciągnięcie dłoni;
stał – przez śmiech – łkał;
stał bezwładnie – chwilą – zgarbiony;
stał – świat mu w oczach mdlał.

Spojrzenie ulotne
zamarło w przestrzeni.
Przeszyte przez
nicości
smak.

Przejrzawszy karty
życia pamięci,
upadło
bezdźwięcznie
na wznak.