Cóż zrobić?

Cóż zrobić?

Z czasem bezpowrotnie minionym.
Ciszą kartek nie zapełnionych.
Bielą słów wpół-wypowiedzianych.

Z dotykiem nie odpowiedzianym.
Uśmiechem na wskroś przemilczanym.
Zapitym na dnie neuronów szmerem.

Z kręgosłupem pozginanym.
Myśli sznurem poplątanym.
Niepewności kołatką wśród żeber.

Cóż?

Wstyd

Mięso armatnie,
rzucam się na rzeź.

Na gwałt oddaję trzewia.

w plwocinę brnę.

Bezwstydnie,
bez zażenowania.

Z przejęciem na zmiętej
twarzy rysowanym.

Lubieżnie – z oddali
przyglądam się.

Orgii barw,
bezeceństw ego.

W ekstatycznym
pojękiwaniu – drżę.

Zlizuję pot,
przywołuję obrazy.

Padam twarzą z nóg,
poobijany.

Z horyzontem ran,
pod skórą wytatuowanych.

Marilyn milcz!

Stary świat zatrzasnął drzwi,
naga Marilyn tańczy na parapecie.

W rogu siedzi, cygaro tli,
zdarta płyta w eterze leci.

Skórę dreszczem skroplił deszcz.
W nowiu pręży swoje lędźwie.

Popiół pod stopami skrzy,
włosy w aureolę przybrał świt.

Ona się śmieje,
ona drży.

Tuli wiatr, szepce słowa.

Ona się chwieje,
ona się tli.

Kolejny łyk, na powieki aureola.

Ona upada,
ona łka.

Ona, co noc dymem świec przyćmiona.

Ona z zamysłem,
w cudzą twarz,

na whiskówki dnie wpatrzona.

Rankiem otworzą drzwi,
przed permanentnie stanie długą drogą.

Dwa kroki wprzód – jeden w tył,
dwa w tył – jeden w przód.

W zaciśniętych piąstkach walki pył,
ciernista róża pomiędzy ustami.

Tak Marilyn – milcz!

Nikt nie usłyszy z kryształu łez,
co tłuką się o bruk kieliszkami.

I nawet ten rubin, cieknący z warg,
nikogo już nie przekona.

Oni szczekają, szczerzą kły,
wataha wściekłych psów,
czeka tylko by zerwać smycz.

Bez obroży samopas puszczone,
do gardła rzucą się
by rozerwać kolejne łono.

Strach

Pająk
wije kłamliwą nić
pomiędzy
neuronów
ulicami.

Jadem,
bezzębnych wiedźm,
pełzających
zygzakiem
pod stopami.

Po środku
czterech ścian,
bez okien, klamek, drzwi
w próżni
lgnących ku sobie.

W mostów
niemą czeluść,
Ikarem lecąc.
przechodząc opodal,
spadam do góry nogami:

w ocean mgieł,
między tęczówki kant,
a bezbrzeżną
źrenic
tonią.

W szkwał,
co na wskroś
przeszywa pierś;
rzuca żagiel na maszt,
w morze pcha łajbę rdzawą.

Boję się,…
a
strach
najdziwniejsza z cel.

Obserwuję świat
zza lęków krat.

W wiezieniu podświadomości
chłodem kajdan w niepamięci
stal zaobrączkowany.

Drżę.

Wypowiedzieć słowa nie mogę,
język zaplątuję w supeł,
odbiera mowę.

Głaz, co w żołądku tkwi
na dno ciągnie
siłą ciążenia.

Pojedyncze słowo,
egzekucyjny pluton,

dokonał stracenia.

Fatamorgana ponad dwupasmówką

Wysiadła z czarnego beemwu,
na zagranicznych tablicach.

Ruszyło z piskiem,
pozostawiając za sobą
w tumanach kurzu,
na skraju lasu,
jej ciało.

Wciąż ciepłe od drgań,
falujące na ciosającym wietrze.

Stało dumnie z podniesioną głową,
w przy-ciasnawej spódnicy,
kryjącej ledwie łono,
z książką, miast torebki, pod pachą.

I tylko twarz nie z tej bajki,
nie pasująca do ciała.

Delikatna, subtelna,
nie potrzebująca wulgarnego makijażu.

Uwodząca spojrzeniem anioła,
z połyskiem tajemnicy w oczach,
wymieszanej
z niewypowiedzianym smutkiem.

Wyorany na księdze złotem,
mienił się od świateł,
znak krzyża
w moich źrenicach.

Bułgarska tirówka,
w kabaretkach,
przepoconym ubraniu,
spermą skalanym wyziewem,
ewangelizuje,
oddając swe ciało
przypadkowym kochankom.

Wzdrygnąłem się,
spojrzałem w lusterko.

Już jej tam nie było.

Zniknęła tak samo szybko,
jak się pojawiła.

I tylko jednego
nigdy się nie dowiem.
Czy odjechała innym
zagranicznym wozem?

Czy może skończyła
swoją przyziemną misję,
rozproszyła z wiatrem
i wzbiła do nieba?

Nazywaj mnie, jak chcesz

Mogę byc:

rynsztokowym szczurem,
palantem i kastratem,
brukową padliną,
bezpruderyjnym prostakiem,
ordynarnym pedałem,
bezpańskim psem.

Jeśli tylko
przyniesie ci to śmiech,

zamiast łez,

nazywaj mnie jak chcesz.

Przeklinaj me plugawe istnienie,
módl sie o środka zbawienie.

I choć teraz moje oczy
to puste ślepia bez wyrazu,
sylwetka nic więcej niż wesz.

Tupnij nózką jeszcze raz,
na pięcie obróć twarz i,

nazywaj mnie jak chcesz.

Dywersja myśli

Niewidome,
błądzą po umysłu bezdrożach,
przyciasnych zaułkach,
w mętnej toni.

Ślepo wybierając drogę,
bezwiednie mijają skrzyżowania,
dendrytów drogowskazy,
mijają światła na czerwonym.

Brną pod wiatr,
tak im łatwiej,
czują go w skroniach,
nie czekają na zielone.

Przeobrażając się w słowa,
tną ulicę, na wpół i toną,…

w ciszy zastygli na moment.

Słyszą takt melodii ulicy,
dźwięk karetki, krzyki i kwilenia.

Reanimacja.

Już po nim.

Widziałem ból

Szedł
niemrawo,
tłoczną ulicą,
okryty szalem,
w kapoku.

Chaotycznie,
dobierając kroki,
mijał
źrenice
ludzkich oczu.

Stał
przede mną
zgarbiony, .
rozglądając się
nieufnie dokoła.

Z rozmytym
napisem w dłoni,
milcząc –
krzyczał,
wołał.

Miał
zamglone
lęku rosą oczy.
Cicho, skamlące
o okruch chleba.

Nie otrzymawszy
odpowiedzi,
to bladł,
to wstydem się
zalewał.

Odszedł,
gubiąc
pod osłoną mroku,
w gęstwinie dymu,
spalin potoku,

jedyne
swej boskości
znamię -
aniele pióro
na opamiętanie.

Schizofrenia samotności

Cisza, cisza,…
cztery ściany.

Białą farbą krzyk stłumiony,
Na twarzy spazm urwany,
Zmiętej w pół, w blasku cienia.

Cisza, cisza,…
cztery ściany.

Postać nikła, blada w oddali.
Skulone lękiem kruche ciało
Szary kąt samotnie zamieszkany.

Cisza, cisza,…
cztery ściany.

Oczy wbite w przestrzeń mgławą.
Ruch powiek oddechem wstrzymany.
Duch ciszy nimi zawładnął.

Cisza, cisza,…
cztery ściany.

Stoją w dali dwa nagie anioły,
w trzepocie skrzydeł urwanym,
w swej rytmice połączonym.

Cisza, cisza,…
cztery ściany.

Mgła opadła, z nią znikły gołębie.
Pozostała szarość ścian,
pustka – jej dno i głębia.