Kakofonia

Nie pamiętam
kiedy był czas
na bezmyślenie.

Odszedłem,
nie wiadomo kiedy.

W logach.,
Nie zarejestrowano.

Nie uchwycił
monitoring.

Że istnieję, powiadają,
ba! dopingują.

Mimowolnie obserwuję
w odbiciach zarys
obcych oczu.

Kim byłeś?

Pytam wpatrzony,
w ciszę się wsłuchując.

Obcy niby-ja,
milczę
na tysiąc głosów.

Jak gdyby

Jakbym się struł,
Jak gdyby mdliło.

Jakby uwierało,
Jak gdyby tkliwiło.

Jakby przez gardło wyjść chciało.
Jakby żyło obce ciało.

Jakby okoniem stanęło.

Jakby drzazga,
Jakby ość.

Jakby złamana żebra kość.

Mostek się ugina,
Ze spóźnionym zapłonem.

Wzrok w oddali mętnieje,
Horyzont w szarości tonie.

Myśli nieposkladane
Plączą się,
Wiją.

Jak gdyby to

Była
.

Cóż zrobić?

Cóż zrobić?

Z czasem bezpowrotnie minionym.
Ciszą kartek nie zapełnionych.
Bielą słów wpół-wypowiedzianych.

Z dotykiem nie odpowiedzianym.
Uśmiechem na wskroś przemilczanym.
Zapitym na dnie neuronów szmerem.

Z kręgosłupem pozginanym.
Myśli sznurem poplątanym.
Niepewności kołatką wśród żeber.

Cóż?

W poszukiwaniu siebie

Z cudzych słów poskładany,
rzeźbiony palcami tysięcy.

Na podobieństwo malowany.

Z lubieżnych obrazów wycięty,
z wczorajszych gazet wytargany,

kalka kilku kartek zmiętych.

Kolaż -
brudnych wspomnień,
niemych grymasów,
cichych westchnień,
nieczystych spojrzeń.

Składam rzeczywistość
w pozorną całość.

Rozkładam na pierwiastki,
elementy pierwsze,

zdarzeń fragmentaryczność.

Sklejam złudzenia,
umysłu przewidzenia

dedukcji drogą.

By poznać
imię swe

na nowo.

Schamiony

Kaleka języka,
co rusz o żuchwę
się potyka.

Miele słowa,
myśli labirynt 
przeżuwa.

By 
splunąć w twarz
frazesami trzema.

Cel
chybiony
schamiony.

Taki ów ja
nieokrzesany
lój blokowy.

Co
chciałby być
panem.

Kundlem
mienię
się

z
podwiniętym
ogonem.

Wstyd

Mięso armatnie,
rzucam się na rzeź.

Na gwałt oddaję trzewia.

w plwocinę brnę.

Bezwstydnie,
bez zażenowania.

Z przejęciem na zmiętej
twarzy rysowanym.

Lubieżnie – z oddali
przyglądam się.

Orgii barw,
bezeceństw ego.

W ekstatycznym
pojękiwaniu – drżę.

Zlizuję pot,
przywołuję obrazy.

Padam twarzą z nóg,
poobijany.

Z horyzontem ran,
pod skórą wytatuowanych.

Deklinacja uproszczona

Słowo – ja – ze słowników wykreślono,
przez – My – zastąpione.

Choć bardziej synonimem,
Ty – się stało.

Ciebie, z Tobą, o Tobie.

W pluraliźmie znaczeń,
deklinacja uproszczona.

Myśli zubożałe,
z pojedynczym obcują
podmiotem.

Przelatuje przezeń co rusz,
ucieka na moment.

By po chwili 
każdą z osobna
komórkę trawić 

wszędobylskiej tęsknoty
łomotem.

Grochem o ścianę

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Brzytwą języka
na twych licach,
winy mieczem
wyryję znamię.

Powiek ciszę
jękiem skrzypiec 
przetnie smyczek 
nut szarpaniną.

By wpaść w przepastne
niebytu przestrzenie
czarnych dziur
blasków cienie.

W pajęczynę uwitą
labiryntem słów 
plwocin stali
nicią.

Popłynę płomieniem,
rzewnym skomleniem.
Potokiem słów 
się wykrwawię.

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Terytorium zakazane

W najdalszej komórce ciała
tajemnicę skrywam.
Przed sobą samym,
na klucz zamknięta trzymam.

I straże, w postaci
głodnych wilczyc, ustawię.
By strzegły to,
co od wewnątrz trawi.

A jeśli będzie trzeba
ostrze w dłoni zadzierży
i bez mrugnięcia powiek,
wykroję te członki pamięci;

co czynią mnie kaleką,
bezbronnym jak dziecko
z rozpaczliwie wbitym
w przestrzeń wzrokiem,

szukającym po omacku
wyjścia z mroku.

Marilyn milcz!

Stary świat zatrzasnął drzwi,
naga Marilyn tańczy na parapecie.

W rogu siedzi, cygaro tli,
zdarta płyta w eterze leci.

Skórę dreszczem skroplił deszcz.
W nowiu pręży swoje lędźwie.

Popiół pod stopami skrzy,
włosy w aureolę przybrał świt.

Ona się śmieje,
ona drży.

Tuli wiatr, szepce słowa.

Ona się chwieje,
ona się tli.

Kolejny łyk, na powieki aureola.

Ona upada,
ona łka.

Ona, co noc dymem świec przyćmiona.

Ona z zamysłem,
w cudzą twarz,

na whiskówki dnie wpatrzona.

Rankiem otworzą drzwi,
przed permanentnie stanie długą drogą.

Dwa kroki wprzód – jeden w tył,
dwa w tył – jeden w przód.

W zaciśniętych piąstkach walki pył,
ciernista róża pomiędzy ustami.

Tak Marilyn – milcz!

Nikt nie usłyszy z kryształu łez,
co tłuką się o bruk kieliszkami.

I nawet ten rubin, cieknący z warg,
nikogo już nie przekona.

Oni szczekają, szczerzą kły,
wataha wściekłych psów,
czeka tylko by zerwać smycz.

Bez obroży samopas puszczone,
do gardła rzucą się
by rozerwać kolejne łono.

Strach

Pająk
wije kłamliwą nić
pomiędzy
neuronów
ulicami.

Jadem,
bezzębnych wiedźm,
pełzających
zygzakiem
pod stopami.

Po środku
czterech ścian,
bez okien, klamek, drzwi
w próżni
lgnących ku sobie.

W mostów
niemą czeluść,
Ikarem lecąc.
przechodząc opodal,
spadam do góry nogami:

w ocean mgieł,
między tęczówki kant,
a bezbrzeżną
źrenic
tonią.

W szkwał,
co na wskroś
przeszywa pierś;
rzuca żagiel na maszt,
w morze pcha łajbę rdzawą.

Boję się,…
a
strach
najdziwniejsza z cel.

Obserwuję świat
zza lęków krat.

W wiezieniu podświadomości
chłodem kajdan w niepamięci
stal zaobrączkowany.

Drżę.

Wypowiedzieć słowa nie mogę,
język zaplątuję w supeł,
odbiera mowę.

Głaz, co w żołądku tkwi
na dno ciągnie
siłą ciążenia.

Pojedyncze słowo,
egzekucyjny pluton,

dokonał stracenia.

Lustro weneckie

Obaj chcielibysmy coś powiedzieć.
Wydaje się nam, że ruszamy ustami.

Lecz to na nic,
to tylko złudzenie:

ani pół zgłoski z siebie nie wydobywamy.

Ty nakładasz cement – ja cegły układam,
tak powstaje mur między nami.

A gdy nastęnym razem popatrzę w okno,
ujrze szklany zarys twojej twarzy,

Mimo iz będę krzyczeć,
powieki będą moknąć,

nie chwycisz za kamień,
nie strzaskasz szyby,
nie ujrzysz nawet mego cienia.

Popatrzę w Twoje oczy,
uśmiechnę sie przez moment

i zniknę

wraz z twoim odbiciem
pod ciężarem owego kamienia.