Mężczyzna z blizną

Milcząc kradnie spojrzenia,
nie zapytawszy o zdanie,
puszkę pandory otwiera,
niezasklepione rany.

Obojętnie przechodząc,
zakrzywia czasoprzestrzenie,
bezpowrotnie załamując
kąt światłocienia.

Mężczyzna z blizną
chwiejnym krokiem
intoksykując neurony
potyka się za rogiem.

Tuż po zmierzchu
na miejsce zbrodni
się zakradnę.

Wyczekując skrycie
w ciemnej bramie 
na rabunek.

Skrzyżowanych pięści
wysublimowany
całunek.

Wybrałeś

Wybrałeś ciszę, 
karkołomnych szmerów, 
androgeniczne oblicze.

Wybrałeś próżnię
bezcielesnych kształtów,
przytępione kreski i rysy.

Wybrałeś bezczas,
wycięty z ram
w półmroku zapomnienia.

Wybrałem nóż,
w próżni bezczasu
zakląłem ciszę.

Teufel

I nawet gdy krzyczę,
krzyk mieni się w ciszy szept,
przemierza puste ulice
biegnie po szczytach
nagich drzew.

Mija cienie i dusze
spowite w bez-pamięci mgle.
Toną w niej
spojrzenia
zastygłe i mdłe.

Zlęknione owalem źrenic,
co z martwego letargu
usiłuje wyrwać je.

Ślepia wbijają w próżnię,
czarnym motylem 
budząc się,

co swe gasnące serce
zamienił w cierń.

Grochem o ścianę

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Brzytwą języka
na twych licach,
winy mieczem
wyryję znamię.

Powiek ciszę
jękiem skrzypiec 
przetnie smyczek 
nut szarpaniną.

By wpaść w przepastne
niebytu przestrzenie
czarnych dziur
blasków cienie.

W pajęczynę uwitą
labiryntem słów 
plwocin stali
nicią.

Popłynę płomieniem,
rzewnym skomleniem.
Potokiem słów 
się wykrwawię.

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Dylatacja czasu

Urwiste wybrzeża pamięci,
w dłoniach czasu
łamią się na troje.

Okruchy, wpadając w morze
dryfują na szorstkich falach
ku zapomnieniu;

ku zatraceniu,
ku ciszy,
ku pustce.

Tylko świecy dym przypomina
Inicjały na ławce wyryte,
świerk, nieopodal dom.

Tam niegdyś mieszkał syn,
niegdyś żyła rodzina.

Próchno

Obdarte z emocji wyblakłe drzewo
w przekwitłej jesieni – marznę
zatracony w czasoprzestrzeni.

W ciemnej stronie księżyca
spoglądam w obcą twarz
we własnych odbiciach.

W roztrzaskanym szkle,
w każdym z osobna
rozmazane granice.

Inny kontur prawdy,
inna tożsamość fikcji,
inna rzeczywistość.

Wyjałowiony z prawd,
pole minowe kłamstw,
jaźń w odmętach hedone.

Jaskiniowiec walczący o ogień,
opętany przez demony
żywcem od wewnątrz płonie.

Spod przyciężkawych powiek,
oglądam na rzewny wiatr
liści cienie rzucone.

Nieświadome, mknąc
szeptem ciszy
zaułkami,

giną
nieopodal pod
przechodniów stopami.

Terytorium zakazane

W najdalszej komórce ciała
tajemnicę skrywam.
Przed sobą samym,
na klucz zamknięta trzymam.

I straże, w postaci
głodnych wilczyc, ustawię.
By strzegły to,
co od wewnątrz trawi.

A jeśli będzie trzeba
ostrze w dłoni zadzierży
i bez mrugnięcia powiek,
wykroję te członki pamięci;

co czynią mnie kaleką,
bezbronnym jak dziecko
z rozpaczliwie wbitym
w przestrzeń wzrokiem,

szukającym po omacku
wyjścia z mroku.

Marilyn milcz!

Stary świat zatrzasnął drzwi,
naga Marilyn tańczy na parapecie.

W rogu siedzi, cygaro tli,
zdarta płyta w eterze leci.

Skórę dreszczem skroplił deszcz.
W nowiu pręży swoje lędźwie.

Popiół pod stopami skrzy,
włosy w aureolę przybrał świt.

Ona się śmieje,
ona drży.

Tuli wiatr, szepce słowa.

Ona się chwieje,
ona się tli.

Kolejny łyk, na powieki aureola.

Ona upada,
ona łka.

Ona, co noc dymem świec przyćmiona.

Ona z zamysłem,
w cudzą twarz,

na whiskówki dnie wpatrzona.

Rankiem otworzą drzwi,
przed permanentnie stanie długą drogą.

Dwa kroki wprzód – jeden w tył,
dwa w tył – jeden w przód.

W zaciśniętych piąstkach walki pył,
ciernista róża pomiędzy ustami.

Tak Marilyn – milcz!

Nikt nie usłyszy z kryształu łez,
co tłuką się o bruk kieliszkami.

I nawet ten rubin, cieknący z warg,
nikogo już nie przekona.

Oni szczekają, szczerzą kły,
wataha wściekłych psów,
czeka tylko by zerwać smycz.

Bez obroży samopas puszczone,
do gardła rzucą się
by rozerwać kolejne łono.

Strach

Pająk
wije kłamliwą nić
pomiędzy
neuronów
ulicami.

Jadem,
bezzębnych wiedźm,
pełzających
zygzakiem
pod stopami.

Po środku
czterech ścian,
bez okien, klamek, drzwi
w próżni
lgnących ku sobie.

W mostów
niemą czeluść,
Ikarem lecąc.
przechodząc opodal,
spadam do góry nogami:

w ocean mgieł,
między tęczówki kant,
a bezbrzeżną
źrenic
tonią.

W szkwał,
co na wskroś
przeszywa pierś;
rzuca żagiel na maszt,
w morze pcha łajbę rdzawą.

Boję się,…
a
strach
najdziwniejsza z cel.

Obserwuję świat
zza lęków krat.

W wiezieniu podświadomości
chłodem kajdan w niepamięci
stal zaobrączkowany.

Drżę.

Wypowiedzieć słowa nie mogę,
język zaplątuję w supeł,
odbiera mowę.

Głaz, co w żołądku tkwi
na dno ciągnie
siłą ciążenia.

Pojedyncze słowo,
egzekucyjny pluton,

dokonał stracenia.

Studnia bez wody

Twoje oczy to studnia bez wody.

A ja łaknę,
przemierzam piaski,
płonę od środka karminem.

I gdy
za kolejną wydmą
zdaje się – widzę:

obrys
szklanki denka,
błyszczące czarne źrenice.

Stąpam po omacku,
wchodzę w nie powoli,
z narażeniem życia.

Indiana Jones
penetruję dogłębnie,
przemierzam na wskroś,

by dojrzeć
światełko w tunelu,
kropelkę nadziei przeżycia.

Za każdym razem
nabieram się od nowa.

Ta studnia
wyschła już wieki temu.

Pozostały tylko
zmumifikowane wspomnienia.

Tak,
twoje oczy to studnia bez wody.

Pozostaje
w burzach piaskowych
brnąć przez pustyni mile;

z fatamorganą,
rysującą się bez końca
przed zaschłymi oczyma;

że któregoś dnia
źródło wypełni studni brzegi,
wyschnięte koryto zaleje;

a
jałowa pustynia da plon
w postaci odwzajemnienia.

Lustro weneckie

Obaj chcielibysmy coś powiedzieć.
Wydaje się nam, że ruszamy ustami.

Lecz to na nic,
to tylko złudzenie:

ani pół zgłoski z siebie nie wydobywamy.

Ty nakładasz cement – ja cegły układam,
tak powstaje mur między nami.

A gdy nastęnym razem popatrzę w okno,
ujrze szklany zarys twojej twarzy,

Mimo iz będę krzyczeć,
powieki będą moknąć,

nie chwycisz za kamień,
nie strzaskasz szyby,
nie ujrzysz nawet mego cienia.

Popatrzę w Twoje oczy,
uśmiechnę sie przez moment

i zniknę

wraz z twoim odbiciem
pod ciężarem owego kamienia.

Ono

Ono mieszka tuż za rogiem,
choć codzień przecina ci drogę,

wzajemnie – nic o sobie nie wiecie.

Raz chodzi smutne,
raz się usmiecha,

szepcze coś sobie pod nosem,
nie wiedzieć czemu,
drga mu powieka.

I gdyby nie ten rower,
i nie tamta kobieta…

pewnie nigdy nie spotkałyby się
wasze oczy.

Dopiero musiały upaść,
uderzyć w głowę,

by z głębin szarości
i półcienia

wydobyć innego człowieka.

Fatamorgana ponad dwupasmówką

Wysiadła z czarnego beemwu,
na zagranicznych tablicach.

Ruszyło z piskiem,
pozostawiając za sobą
w tumanach kurzu,
na skraju lasu,
jej ciało.

Wciąż ciepłe od drgań,
falujące na ciosającym wietrze.

Stało dumnie z podniesioną głową,
w przy-ciasnawej spódnicy,
kryjącej ledwie łono,
z książką, miast torebki, pod pachą.

I tylko twarz nie z tej bajki,
nie pasująca do ciała.

Delikatna, subtelna,
nie potrzebująca wulgarnego makijażu.

Uwodząca spojrzeniem anioła,
z połyskiem tajemnicy w oczach,
wymieszanej
z niewypowiedzianym smutkiem.

Wyorany na księdze złotem,
mienił się od świateł,
znak krzyża
w moich źrenicach.

Bułgarska tirówka,
w kabaretkach,
przepoconym ubraniu,
spermą skalanym wyziewem,
ewangelizuje,
oddając swe ciało
przypadkowym kochankom.

Wzdrygnąłem się,
spojrzałem w lusterko.

Już jej tam nie było.

Zniknęła tak samo szybko,
jak się pojawiła.

I tylko jednego
nigdy się nie dowiem.
Czy odjechała innym
zagranicznym wozem?

Czy może skończyła
swoją przyziemną misję,
rozproszyła z wiatrem
i wzbiła do nieba?

W cieniu swego cienia

Jestem cieniem,
Cieniem własnego cienia.

Zapewne nie istnieję
i wcale mnie tu nie ma.

Jeszcze wczoraj widziałem obraz
malowany w pastelach.
Z uśmiechnięta twarzą
na pierwszym planie.

Uśmiech zaczął zanikać,
postać blednąć i maleć,
aż ze wstydu schowała głowę
za kamienicy rogiem.

W końcu ostało się tylko
piasku ziarnko
na kostce brukowej.

Szary przecinek miotał się
pomiędzy przechodniów stopami.

O, tak! Jestem przecinkiem!

Samotnym,
kruchym,
wiotkim,
małym,

lecz i to – za wiele!

Teraz już tylko będę plamą,
obwiednią po obrazie,
dla którego odtąd brak
miejsca na ścianie.

Aż przyjdzie inny,
a ja pozostanę – cieniem,
cieniem jego ramy.

I będę wpatrywać się w jego uwielbienie,
z zazdrością, i przerażeniem.

I będę tęsknił za blaskiem,
w cieniu jego cienia.

Nazywaj mnie, jak chcesz

Mogę byc:

rynsztokowym szczurem,
palantem i kastratem,
brukową padliną,
bezpruderyjnym prostakiem,
ordynarnym pedałem,
bezpańskim psem.

Jeśli tylko
przyniesie ci to śmiech,

zamiast łez,

nazywaj mnie jak chcesz.

Przeklinaj me plugawe istnienie,
módl sie o środka zbawienie.

I choć teraz moje oczy
to puste ślepia bez wyrazu,
sylwetka nic więcej niż wesz.

Tupnij nózką jeszcze raz,
na pięcie obróć twarz i,

nazywaj mnie jak chcesz.